7 maja to pierwszy dzień matur więc nikt w czarno-białym porannym ulicznym tłumie w za dużych garniturach i za małych spódniczkach nie zwraca uwagi na siwiejącego pana z brzuszkiem i jeszcze większym od niego plecakiem przeciskającego się na ostatni peron dworca Pekaes.
Widok tych dzieciaków to niezła polewka i oczywiście powód do wspominek sprzed prawie …tu lat

Ale teraz mamy urlop, zapominamy o szkołach i ławkach i lecimy sobie w (częściowo) nieznane.
Stara poczciwa
kry-cha, kolebocąc i podskakując dowozi sprawnie do
Bolkowa (po drodze dokonuje się to co nieuniknione – czyli ze dwie ostre zlewy deszczu, aura taka że z A4ki ledwo widać
Ślężę).
Przed 9tą wytaczam się z busika w
Bolkowie, dopinam pasek od spodni i paseczki w plecaku, znajduje szlakowskaz i…ruszam.
Zielony szlak zamków piastowskich który pasi mi akurat w 90% przewiduje 5h na drogę do Janowic Wlk przez G. Ołowiane. Nie mam żadnych sprytnych elektronicznych urządzeń – zakładam że to gdzieś kilkanaście, max 20 kilosów.
W
Bolkowie mijając pod zamkiem targowisko ze wszystkim co można ukraść i potem sprzedać popełniłem błąd – nie zrobiłem żadnych zapasów licząc na wesołe przygody we wiejskich sklepach po drodze… niestety nie było potem przygód, bo i nie było sklepów (jeden… z… okaże się później z czym).
Szlak szybko wyprowadza mnie za zabudowania – zniszczoną asfaltówką najpierw łagodnie potem co raz bardziej wykańczająco prosto wiedzie przed siebie ku pierwszym zalesionym pagórkom.
Przed sobą mam - Południowe pasmo
G. Kaczawskich a za sobą zasłaniające horyzont wzniesienia
Pogórza Bolkowskiego, nad sobą niestety fatalnie wiszące chmury.

Przemiłe asfaltowe podejście nastraja optymistycznie, wącham spaliny kilku prujących ostro pod górę na dwójce aut na lokalnych blachach, składanych z co najmniej kilkunastu srogo rozbitych innych.

Przy zrujnowanych zabudowaniach
Pastewnika zaczynam rozmyślać o piwach i kiełbasach ukrytych w czeluściach wiejskich sklepów i o tym jak to za Niemca (bo za Niemca, panie to wszystko było) – w każdej wsi był browar albo gospoda.

Zadziwiające jest też że te wszystkie poniemieckie budynki jednak przetrwały te stulecie nawet w tak ciężkich warunkach a teraz dobiegaja juz swoich lat (dziwi mnie to pewnie tylko dlatego że sam jestem sobie panem w jednym z nich)

Na szczęście w końcu szlak czmycha od szosy w prawo (a na rozdrożu w oddali majaczą
Sokoliki, co uznaje za dobry omen mimo że szlak skręca prawie w przeciwnym do nich kierunku) i dalej już idzie miłym off roadem, który zmusza do postoju i wzucia stuptuchów na wysokości powstającego fajnego Campingu w
Słowikowie na przeciw
Wilczej Góry

a przy okazji nerwowym ruchem otrząsam się z pierwszych w tym roku kleszczy.
Błotnista ściecha w dół przez las wyprowadza na łąkę z widokiem na
Płoninę i zamek/pałac
Niesytno.
Zejście do wsi o tej porze roku prowadzi błotnistym strumieniem, po 15 minutach jestem do kolan urypany błockiem ale do
Płoniny wkraczam już raźno asfaltem, z hardą zgórwysyńską miną w dodatku pogwizdując.
Z szosy widać już po lewej stronie pasmo
Gór Ołowianych podcięte pełna pędzących tirów lokalną magistralą z
Wojcieszowa do
Marciszowa i dalej pewnie do
Kamiennej Dziury czyli – po zerknięciu na mapkie, jak sądzę mieszczę się w limicie czasowym.

Zgubna myśl która zakiełkowała pod
Wilczą Górą czyli kiełba i piwo, nawet ciepłe i z puchy w dodatku
TERAS i TUKEJ – po małemu przeszła w żądzę, niestety nie zaspokojoną – bo
Płonina to ledwie parę zrujnowanych, chylących się ku upadkowi domów na krzyż i majak (remontowanego owszem – ale z drogi tego ni jak nie ujrzysz) zamku
Czirnów a potem i pałacu
Zeidlitzów.
Sklepu nie stwierdzono co boleśnie obniżyło moje morale, na tyle, że postanowiłem zbojkotować oglądanie ruin i poleciałem sapiąc dalej.
Za wsią (zaraz po tym jak szlak żółty ucieka pod górę w prawo) warto obejrzeć się za siebie żeby załapać się na „klasyczny” widok wsi i zamku i dzięki za to obecnym zarządcom ( postarali się choć trochę odkurzyć z narośli zamek wysoki).

Szlak chwilę za miejscowością porzuca ulubiony, dziurawy asfalt i skręca najpierw polną drogą w dół przez łąkę a potem to już znika zupełnie… zasuwam świeżo zaoranym polem ku szosie i zabudowaniom
Częstocina mając nadzieję że ten duży biały dom z szyldem na górce to sklep spoż.
Z gliniastego pola które jest granicą powiatów
jaworskiego (był) i
kamiennogórskiego (będzie) odbija droga którą wesoło płynie sobie strumyk, ale trochę wyżej, 150metrów dalej widać drzewa i na jednym z nich szlak więc ruszam tym grzęzawiskiem, oglądając się co chwila za siebie żeby zrobić zdjęcie
Płoniny i wschodniego pasma
Kaczaw w oddali.
Po prawej ręce mając zaorany pagór z kępą drzew na szczycie (
Wzgórze Czaszek 535mnpm) wychodzę w końcu ujebany gliną jak Golem na asfalt.
Niestety mijany sklep okazał się być
CENTRUM UŻYWANEJ ODZIEŻY a nie wyczekiwanym spożywczakiem. Odzież używaną mam na sobie akurat więc nie skorzystałem.
Chwilka asfaltem, potem odbicie w prawo przez łąkę łagodnie pod górkę na skraj lasu.
…i jesteśmy w
Górach Ołowianych (....znaczy się
JA jestem)
...(chwila przerwy na pójście po piwko do lodówki)...
No dobra jestem, jedziemy, właściwie idziemy, dalej.
Niebo zaciągnęło się na dobre, spadło znów odrobinę kropel deszczu

szlak na szczęście wlazł między gęste świerki i wspinał się i wspinał i wspinał…

Po ostrym podejściu pod
Turzec (684 mnpm) poziom trochę się wyrównał, w koło niestety intensywna wycinka drzew a po obu stronach leśnej ścieżynki (która będzie już prowadzić przez całe
G. Ołowiane) skałki
Metamorfiku kaczawskiego jak mówi legenda do mapki.
Pogoda wciąż zdupiona, ale ma to i swoje dobre strony bo jest dość rześko, ot akurat w sam raz żeby pokonywać kolejne kilometry z ciężkim plecakiem. Gdzieś w tych lasach mijam źródła Kaczawy (i nie powiem żebym nie skorzystał akurat z źródła z pienistym chmielowym napojem).
Na podejściu pod
Ołowianą (658mnpm) siadam na rozdrożu pod świerkiem i odrobinę
poczuwam.
Sympatyczne te całe ołowiane, gęsto obrośnięte lasem, przecięte tylko jednym szlakiem z którym co chwile krzyżują się liczne ściechy, drózki i nawet solidniejsze dukty w większości wykorzystywane przy ścince drzew. W koło cisza, nawet wiatr się uspokoił, od razu pojawia się silne uczucie samotności i oddalenia od cywilizacji.
O żadnych turystach to tu nie ma mowy, co najwyżej jeden tygodniowo przejdzie tędy – co też widać po szlaku… zero śmieci. Trasa ma jednak wadę: prowadzi zakrętasami pomiędzy szczytami i skałkami przez co nie ma szans na jakiekolwiek dalekie widoki.
Na niebie wciąż szaro, plecak ciąży, wizja spędzania nocy pod płachtą na gołej ziemi zaczyna mi coraz bardziej dokuczać i być wstrętną (otoczenie miłe, ale morale wtedy na prawdę spadło do zera, oto przestroga – do czego może w górach doprowadzić niedostateczna ilość płynu do balsamowania zwłok we krwi).
Szczęśliwie po zejściu ze szlaku udaje się znaleźć miejsce skąd widać cokolwiek innego niż drzewa i skały.

Po ok. 1.5h spokojnego spaceru przez
Ołowiane szlak zielony przy kępie chaszczy i kupie kamieni czyli ruinach starego schroniska na kompletnym odludziu pod
Różanką (628 mnpm) spotyka czarny prowadzący do
Radomierza i gwałtownym zejściem w dół mijając
„drogę wojenną” (zbudowaną przez Prusaków w czasie IIiej wojny Śląskiej w 1745r w żeby szybko przetransportować wojsko w kierunku
Dobromierza i
bitwy z austryjakami) wyprowadza na skraj lasu nad
Janowicami Wielkimi, wcześniej między drzewami majaczy charakterystyczny, nieszczęsny, zdemolowany kamieniołomem
Połom (667 mnpm)
Ha!
Przeszliśmy więc
Góry Ołowiane…
Widoki obiecujące, w dole Janowice, powyżej
Mniszków i
Hutniczy Grzbiet (którym schodziłem w zeszłym roku), dalej po prawej
Sokoliki a za nimi wciąż ośnieżone pasmo
Gór Olbrzymich…
Karkonoszy…
W głowie myśl jedna – ok., przeszliśmy sobie z
Bolkowa do
Janowic, pogoda nas oszczędziła, czas więc do domu… piwko tylko jakieś szybkie i wracamy do
Wrocławia.
Rozumiecie więc sami że nie było nam wcale do śmiechu i nastrój był wcale nie urlopowy.
Schodzę do
Janowic przez most na Bobrze, nogi już solidnie wymęczone, plecak waży swoje.
Minęło południe – akurat godzina jest taka że co dwie kolejne będą jechały pociągi do Wrocka. Pierwsze swe kroki kieruje wiadomo gdzie – do
MAMMAROSY, akurat jest po drodze, ale godzina jak dla amatorów płynu z pianką wczesna więc nie liczę na powodzenie misji.
Bramka zamknięta – ale widzę że drzwi do baru odkluczone na oścież – przekładam łapę na drugą stronę bramki, otwieram od wewnątrz i wchodzę na podwóro i dalej do chłodnej knajpy w której żywego ducha, drżącym głosem krzyczę te swoje dzień dobry i czekam.
Za chwile pojawia się Szef w rękawicach roboczych bo postanowił akurat zrobić porządek w ogrodzie, zamawiam od razu dwa pyszne zimne jasne Skalaki, chwile rozmawiamy przy nalewaku - klasycznie o pogodzie i siłach wyższych.
Szef wraca do roboty a ja obok rozkładam się w ogródku, wyciągam kiełbę, popijam, odpoczywam… no tak
TO JEST URLOP!!
Wcześniej pochwaliłem sie Radeckiemu że udało mi się przejść zakładany odcinek w czasie niższym niż podawały szlakowskazy (nie miałem wcześniej pojęcia w jakim czasie uda się zrobić zakładany odcinek samemu) no i że nie specjalnie wiem co dalej ze sobą począć, wchodząc do Mammarosy byłem zdecydowany na piwko i powrót do chaty…
Po dobrej godzince, dwóch piwkach i odpoczynku z pogardliwą miną przeszedłem obok dworca pekape w
Janowicach i długą aleją udałem się po uzupełnienia do Dino a następnie przy pięknie przypiekającym słońcu minąłem Hutniczy potok żeby zameldować się w końcu w
RUDAWACH JANOWICKICH.
Szybkie podejście na
Bolczów (ileż to razy w różnych porach roku, konfiguracjach osobowych, porach dnia i nocy przemierzało się to podejście… ehh).

Niestety zmęczenie...ba! wyczerpanie! teraz już naprawdę dało mi się ostro we znaki, posapując, ciągnąc nogę za nogą wdrapałem się pod zamek, chwilunie oddechnąłem i ruszyłem dalej w kierunku jak myślałem
Głazisk Janowickich gdzie czas był zadecydować co dalej.
Przed 17tą zameldowałem się we wiacie na
Głaziskach.
Kapitalne miejsce, polanka na krzyżówce szlaków i leśnych dróg. Ale widać że mocno ostatnio eksploatowana głównie przez leśnych robotników bo we wiacie aż uderza w nozdrza zapach spalenizny ogniskowej i oleju silnikowego. Śmietniki wypełnione po majowych turystach butelkami po
Krupniku i puszkami po
Kozelach, obok miejsca na ognisko a o płot oparta sterta kijaszków na kiełby.
Właśnie ta widoczna ludzka aktywność spowodowała że po krótkim postoju, przy kolejnym piwerku desperacko postanowiłem spróbować skoczyć jeszcze dalej, machnąć ten trzydziesty kilometr i zabiwakować w miejscu gdzie na pewno nikt w tygodniu nawet przypadkiem nie wlezie (można powiedzieć że wrodzona mizantropia zmieszana z mizoginią poprowadziły mnie dalej).
Na ostatnich już nogach zlazłem niebieskim stromo w dół do
Doliny Janówki i szybko szutrem obok
Skalnego Mostu (gdzie dwa lata temu zbierałem z teściem grzyby) i dalej błotnistym jak zwykle łącznikiem do lasu pod
Starościńskimi Skałami gdzie nagle spotkałem zamknięty szlak bo - ścinka drzew.
Kompletnie już zasapany i zrypany wdrapałem się na
Starościńskie (718 mnpm)
wiedząc że w razie czego to nie ma już odwrotu bo stąd nie zdążę na ostatni pociąg ani nie będę miał siły żeby iść zabiwakować w inne korzystniejsze miejsce.
Chwila, kiedy leżę jak żuk na plecach, bez sił bez ducha... i zaraz myszkuje między korytarzami skalnymi, myk/myk i już w jednym z
„pokoi” między skałami stał namiocik a ja raczyłem się piwerkiem i puszkowanym wyrobem
Krakusa przy zachodzącym gdzieś za
Górami Izerskimi daleko na horyzoncie słońcu.
Starościńskie to kapitalne miejsce na namiotowanie, widoki praktycznie na całą Kotlinę Jeleniogórską i w tygodniu właściwie gwarancja samotności to argumenty których nie można tak sobie lekceważyć.
Do kolacji oczywiście lubelska mięta i sesja foto z punktu widokowego na
Lwiej Górze.
dumne spojrzenie skierowałem tez w kierunku Gór Ołowianych!
Niestety pędzące chmury przewalające się nad Śnieżką (tzw. wał fenowy) nie zapowiadały spokojnego wieczora
i rzeczywiście - zaraz zaczęło lać i wzmógł się wiat. Zanim zapadł zmrok dopiłem wieczorne piwo pomachałem Rudawom na dobranoc
i zapakowałem się w namiot i śpiworek.
Majowa noc wiadomo -
jest ciemna i pełna strachów... poza tym że ciepła nie przyniosła zbyt wiele relaksu bo takiego wycia Fenowego wichru(wicheru! WICHUCHERU!!) to w życiu chyba nie doświadczyłem, wydawało się że ten cholerny namiot razem ze mną poleci i zatrzyma się na stokach Wołka, nawet głośno puszczana muza nie zgłuszała hałasu i wycia wietrzyska znad Karkonoszy.
Zasnąć udało się dopiero nad ranem. Ale o 6ej budzik robi swoją robotę i zrywam się jak do tyry.
Wciąż lodowaty poranny wiatr smagał po łydkach, ale i od strony
Janowic przypiekało wschodzące słońce. 40i minut na zwijanko obozu i przed 7mą byłem już na szlaku w dół.
Kiedy ranne słońce co chwile przebijało się przez drzewa, wdrapałem się na
Piec na sesje foto a potem w
Dolinie Janówki wykąpałem się w lodowatej wodzie, wesół i odświeżony połknąłem śniadanko.
Potem szybciutko żółtym, ulubionym - bo moim zdaniem jednym z najładniejszych "komercyjnych" szlaków na D. Śląsku w dół, kapitalna trasa wzdłuż
Janówki
i już z ostro operującym majowym słońcem dokulałem się do
Janowic na drugi pociąg do Wro 9.18, przy okazji przysłuchując się rozmowie lokalsów na stacji pekape:
- O! cześć Stachu
- Cześć kurwa
- Gdzie Mnietek?
- No tam
- Gdzie
- No koło tego
- Acha...
jeszcze tylko kanapkowy obiad w pociągu i prawie w samo południe melduje się we Wro, krótko, intensywnie, ale było warto
Git wyjazd który pokazał że nie warto odpuszczać i trzeba napierać nawet przy skrajnym zmęczeniu.