Sobota 8 marca (Dzień kobiet)
Przebudzony z zimowego snu przez post Endrju nawołujący do wykorzystania absencji Radeckiego w Europie postanowiłem sprawdzić czy wiosna zawitała na dobre.
Po sprawdzeniu listy obecności potencjalnych chętnych – klasycznie okazało się, że jestem jedynym zdesperowanym, ale żeby piwko lepiej smakowało dobrałem do towarzystwa jednego z wielkich nieobecnych (do tej pory) foruma – czyli Grzesia.
Miejsce do rajdowania było nam obojętne w końcu w ostatniej chwili padło na Bystrzyckie, bo…
…bo czułem niedosyt po zeszłorocznej wizycie. Po chwili zastanowienia (ale krótkiej) odpuszczamy opcję piątkową - bo nic w Polanicy, co warte było by odwiedzenia (i nie było śmierdzącym pensjonatem w cenie ***** hotelu) nie przykuło uwagi.
Meldujemy się, więc o rześkim poranku na wrocławskim pekaesie, skąd ruszamy zabitym ludźmi autobusikiem prowadzonym przez bucowatego szofera – w kierunku Kotliny Kłodzkiej.
Ale wcześniej oczywiście po zgórwysyńsku – afera, Miś wjebał się z plecakiem do autobusu i zaczął wykłócać się z szoferem.
Pytam go potem:
– Ty, ale czemu nie chciałeś schować plecaka do kufra?
– bo myślałem że będę spał w autobusie i chciałem wyciągnąć polar
– ta...to czemu wyciągnąłeś kanapki?
- bo myślałem że tymi kanapkami obłaskawię kierowcę, że go na litość wezmę
Autobus wyludnia się dopiero w Kłodzku w związku, z czym postanawiamy uzupełnić braki w organizmie łykiem płynu do balsamowania zwłok rodem z lubelskiego Polmosu.
Po 10ej wytaczamy się na przystanek w zimnej, oszronionej Polanicy Zdroju,

odwiedzamy market, solidnie objuczeni odnajdujemy szlak i po lekkim podejściu


Niestety od razu widać, że panoramy okolicznych terenów nie będzie można podziwiać – przejrzystość powietrza była dramatycznie słaba, choć słońce przebijało się i wesoło przygrzewało.

Nad Pokrzywnem

wychodzimy na Drogę Stanisława,

(czyli wedle starej nomenklatury Drogę Wredego), którą będziemy dziś przechodzić prawie w całości,

w lesie mijamy hałdy pościnanego i przygotowanego do wywózki drzewa, miejsca gdzie był wyrąb wyglądają strasznie, całe połacie lasu kompletnie zdewastowane.

Kamienna droga dość łagodnie podchodzi w górę



i łukiem omija najpierw Rówienkę (843) następnie Łomnicką Równię (898)
w lesie, w cieniu już nie jest tak ciepło,


ale na odkrytych odcinkach można by iść w samym t-shircie.
Miś ugina się pod 70io litrowym plecakiem, więc idziemy niespiesznie gaworząc o tym i tamtym (głównie o tym, co napisać w skardze na kierowcę pks).


Mijamy wykuty w skale pamiątkowy napis upamiętnijący Forstmeistra Wredego.

Dochodzimy do miejsca na łuku pod Łomnicką Równią

gdzie po lewej stronie drogi rozciąga się…właściwie to się nic nie rozciąga, bo tylko gdzieś majaczą w dole, zza mgiełki pola i pagórki – przy normalnej widoczności to faktycznie świetne miejsce na podziwianie okolicy, – na co wskazywałby również ślad po niedawnym ognisku.
Widać wybraliśmy świetny moment na wizytę w Bystrzyckich, na szlaku nie ma nikogo,parę razy śmigły jeno przez drogę sarny, z dala słychać tylko odgłosy pił drwali, pogoda nam sprzyja, humory dopisują, piwerko smakuje.
W takich pięknych okolicznościach przyrody i niepowtarzalnej, prawda, zamyśliliśmy żeby przysiąść, poszczędzać nogi oraz uzupełnić braki płynu do balsamowania zwłok w organizmie.

Wybieramy wiatrołom w prawo od szlaku z pojedynczymi skałkami na stoku Anielskiej Kopy (871)

gdzie spędzamy wśród sporych głazisk dobre kilkadziesiąt minut z piwerkiem, muzyczką.


Tymczasem robią się godziny późno popołudniowe, więc zbieramy się


i idziemy w kierunku przysiółka Huta,


który składa się obecnie tylko z zabudowań leśniczówki a onegdaj (pono nawet od średniowiecza mowa była o najlepszej hucie szkła w całym Księstwie Kłodzkim, co w sumie jest bardzo możliwe: w koło pełno minerałów a i do źródeł wody dostęp łatwy)

na krzyżówce szlaków kapitalne miejsce biwakowe,

na szerokim odkrytym polu ławeczki i stół a i widoczek zacny. Postanowiliśmy to uczcić piwkiem! Siedzę sobie i patrzę na te liche chałupki pośrodku niczego. W szoku jestem dopiero kiedy przeglądam strony w necie po powrocie...Huta to już niedługo kolejne miejsce, które zniknie z mapy, kolejna "wieś, której nie ma"


Przemyślam i zmieniam zdanie, co do tego czy chciałbym mieszkać na stałe w górach – tu chyba nie, bo musi tu być naprawdę ciężko tak sobie egzystować, w koło jedynie lasy i pola, do sklepu daleko, internet trzeba dowozić wiadrami, po nocach wilcy drapią w drzwia a na ciemnym gościńcu zbójcy…zgroza...
A Huta jak większośc sudeckich wsi nie była aż tak nędzna jak obecnie, za poprzednich właścicieli była dużo okazalsza, miała szynk i dwa schroniska turystyczne.

(kradzione z http://dolny-slask.org.pl)
teraz ostała sie jeno leśniczówka i dwa inne domki


W miejscu, w którym siedzieliśmy dołącza do nas

aby pokłonić się z szacunkiem Strażnikowi.

Swawolimy z nim kapkę,


co jednak jak się okazało niezbyt przypadło mu do gustu, (ale tego dowiemy się dopiero pod wieczór).

Od tych lokalnych atrakcji odrobine wygłodnieliśmy, więc zasiadamy na wyrębie

zaraz za Wójtowską Równiną,

ze sporym trudem rozpalamy ognisko ze świeżo ściętych gałęzi.
Kuchnia serwuje dziś giętą śląską z kija, opiekane bułki z sezamem oraz czeskie specjalitety w buteleczkach.
Wczesno-wiosenne słońce już po mału zeszło niżej wkoło cisza,

tylko ognisko trzaska wesoło i od czasu do czasu wiatr zaszumi pomiędzy starymi sosnami, sami też jakoś przymilkliśmy, zaglądamy tylko do butelek, chrupiemy zwęgloną kiełbę i wpatrujemy się w ogień. Sielanka.

Czas ruszać, zadeptujemy ślady ogniska i obiadu i ruszamy przez gęsty las po błotnych koleinach pozostałych po ciężkim, leśnym sprzęcie.

Zachodzące słońce prześwituje jeszcze między drzewami, ale chłód i półmrok wyślizgują się zza każdego konara,

tu dosięga nas klątwa Strażnika, bo mylimy szlak przy wielkim paśniku

a ponowne odnalezienie się w gąszczu leśnych dróg i przecinek zajmuje nam dobre pół godziny,



by nie upaść zbyt na morale wspomagamy się rzecz jasna łyczkiem płynu do balsamowania zwłok.


Schodzimy w końcu w dół


na skraj osady Młoty


i w okolicy leśniczówki zasiadamy zziębnięci na ciepłą herbatkę i kawałek czekolady.
Dalej sfatygowany asfalt prowadzi nas już w kierunku Przełęczy Spalonej

i w ciemnościach, sprawdzając ze dwa razy przy zapalonej czołówce czy to na drzewie to na pewno nasz szlak dochodzimy po dobrych 40tu minutach do pierwszych zabudowań Spalonej Górnej.

Łapiemy oddech, opróżniamy plecaki z pustych flaszy do śmietnika przy jednej z chałup i powolnym wymęczonym krokiem idziemy pod górkę pomiędzy nielicznymi zabudowaniami, starymi poniemieckimi sudeckimi chatami.

Droga wije się niepokojąco długo, jedno podejście, drugie a żaden z domów nie okazuje się być Schroniskiem, dopiero za skrzyżowaniem z Autostradą Sudecką (szumna nazwa jak na kawał pokruszonego asfaltu) widać oświetloną jak choinka Jagodną.
Wbijamy do środka a tam miast spokojnego, ciepłego i cichego wnętrza jedna wielka impreza, pozastawiane stoły, leje się wóda, gra kapela, normalnie wejście mieliśmy prawie takie jak to pamiętne do knajpy w Travnej.
Cóż… moje wyobrażenie było delikatnie mówiąc odmienne od zastanej sytuacji
Meldujemy się, jakiś dobry człowiek płci odmiennej poleca nam racuchy z jagodami, od razu zamawiamy też po piwerku, kuchnie zamykają za 20minut.
Zostawiamy mandżury w pokoju co to go dzielimy jak się okazało z dwiema osobniczkami, z którymi nie zamieniliśmy w końcu nawet słowa.

Po dosiadce do wesołej gromadki dziewcząt ze Śląska Opolskiego i ojebaniu racuchów zapadliśmy się w sobie, band grał coraz większe suchary harcerskiego pank roka w wersji na akustyki i zespołowe darcie ryja, szczególnie wyróżniał sie jeden wieloryb płci nieokreslonej wprawiając wyciem szkalnki na stołach w dygot.
Kiedy złapałem się na tym że o jedną część stołu haczę nosem (wiem, on jest taki że i o drzwi stodoły mógłbym nim zahaczyć, ale teraz nie o tym akurat) a z drugiej strony zobaczyłem własne styrane stopy obute w klapki postanowiłem zwinąć obozowisko.
Cały salon ludzi siedzi, bądź leży pokotem – jedynie Miś stoi przy biblioteczce i przegląda woluminy, no to bełkotłem że „idę” i w pokoju

zasznurowałem się w śpiworek na w pół zapadniętym, niemiłosiernie skrzeczącym przy najmniejszym ruchu wyrku z osobliwą poduchą - z grochem w środku (chyba że to były na przykład złote zęby…) z dołu dudniła kapela, z boku, za ścianą chrapał lokator spod 3ki...




























