skład: Kuba, Radecki, Marcin
Czwartek "mało miłe złego początki"
Leje cały dzień od rana, zaraz po pracy (18ta, hehe) ruszamy do Karpacza a przez całą drogę ulewa taka że autem rzuca, plan był taki żeby wejść do Domu Śląskiego zostawić bety i jeszcze w nocy skoczyć na Śnieżkę, ale ja przyznam obawiałem się mocno takiego rozwoju sytuacji, po drodze ustalamy że zostawimy auto pod Wangiem i zdecydujemy co dalej (czyli klasycznie - na żywioł! to nas jeszcze nigdy nie zawiodło, hehe) czy zostajemy w Karpaczu i rano albo atakujemy, albo przy złej pogodzie pokonani wracamy do chaty czy może (taką nadzieje ale pewnie nikłą mieli wszyscy) uda się wejść gdzieś jeszcze dziś. Do 20ej zajeżdżamy pod Wang na parking, cicho pusto, mgiełka, chłodek (ostatni dzień czerwca!) co najważniejsze NIE PADA, patrzymy na siebie, nieśmiałe - to co? ruszamy? i po minucie jesteśmy gotowi do drogi - został jeden problem - nie mamy noclegu.

Dzwonimy do Samotni, nikt nie podnosi, to samo w DŚ, w końcu za drugim razem w Strzesze ktoś odpowiada i mówi że zaczeka na nas (z kolacją?). Auto zostaje samotne na parkingu a my ruszamy

K. 22ej już w ciemnościach jesteśmy w Strzesze, przy wejściu mijamy na fajce chyba całą obsługę nieźle rozimprezowaną. Typ daje nam klucze do pokoju i zabiera dowody z zastrzeżeniem że odbierzemy je sobie dopiero rano bo jest już późno, on skończył pracę i powinniśmy tak w ogóle być wdzięczni że nas nocuje. Ze zdziwieniem otwiera przepite oko na naszą sugestie że my rano O CZWARTEJ chcieliśmy wyjść...nie ma rady do ósmej jesteśmy udupieni - kupujemy więc za 8zeta parę Dębowych Mocnych w puszce i leziemy do pokoju który okazuje się jakimś obskurwiałym tunelem obitym paździerzową płytą, tam jemy kiełbę, pijemy cycrynówkie i te pyszne dębowe (nie wszyscy co okaże się później) a na dobranoc jak wyłączam światło pękają nam oczy
Piątek 'w senniku egipskim napisane - nie wypijesz nigdy czeskiego piwa w polskim schronisku na granicy"
Poranek bez kaca, przez okno widać że zawiewa ale PRZESTAŁO PADAĆ, w schronisku pewnie poza nami i służbą żywego ducha nie ma. Toaleta (prysznic kurwa na kluczyk zamykany tylko dla szlachty

Ruszamy dalej

Wreszcie jakoś udaje mi się wdrapać na górę a panowie już zniecierpliwieni czekają - schronisko oczywiście zamknięte

Pogoda się lekko uspokoiła, dalej chłodek ale w końcu wiatr odpuścił, ciesze się w duchu że mnie gdzieś nie pizneło w przepaść na tej Śnieżce, wssysamy batony i chyba przed 11tą dochodzimy do Lucni Boudy. W środku szok kulturowy w porównaniu do tego co było w SA, od razu Budveiser w ramach śniadania oczywiście, a na deser kawka...Nie ma południa jeszcze a najtrudniejszy odcinek zaplanowany na ten dzień mamy zdaje się za sobą. Wynajdujemy w schronisku w którym oczywiście (po piwerkach) wszystko nam się zajebiście podoba na ścianie jakiś reportarz ze zdjęciami trupów przysypanych w lawinie (jak będziemy tu w styczniu - trupy będą miały wydrapane czymś ostrym twarze, hehe).

Z Lucni dalej


Po drodze spotykamy nie więcej niż cztery osoby a ja ciesze się że idziemy jednak w dól a nie w górę po tych wielkich kamiennych płytach. Po mniej więcej 1.5h podchodzimy do U Bileho Labe - schroniska nad rzeką, jesteśmy stosunkowo nisko a między drzewami majaczy w oddali Spindlerovy Mlyn (chyba) i jakieś wygolone pod stoki narciarskie górki. W boudzie zamawiamy po Staropramenie i po UTOPENCU, rozpogodziło się zupełnie, przyplątał się nawet jakiś kot. Potem żałuje że nie wzięliśmy nic z wędzarni, koleś proponował nam kiełby i szynki świeżo wędzone na naszych oczach.
Ruszamy
Po południu trafiamy na piwa i obiad z przystawką do hospody Pod Małym Sisiakiem, gdzie czescy emeryci schodzą na posiłek, wypijamy morze piw, obsługuje nas starszy Oberst w klapkach i skarpecie i jest kurwa jak w raju (mimo że sisiak mały). Zaczynam się trochę sromać co będzie jutro? - do przejścia hektar, część Karkonoszy i początek Izerów w dodatku część drogi szczytami.
Wieczorem siedzimy jeszcze przed Odrodzeniem chwilę, patrzymy na wielka górę która wystaje nad horyzont (mam nadzieje że nie trzeba będzie się tam wspinać) pogoda niby dobra ale szybko robi się diabelnie zimno, w środku po partyjce ping-ponga przegapiamy zamknięcie baru, na szczęście Kuba lituje się nade mną i Radeckim wyciąga DĘBOWE MOCNE targane ze SA, dopijamy i 22.30 idziemy spać jak koty (jeszcze tylko Kuba jak oszalały lata po całym schronisku w samym ręczniku kompletnie nie wiem o co mu wtedy chodziło
Sobota "jesteś harcerzem TO IDŹ SPAĆ!"
Na śniadanie wciskamy zupę z baru i kawę, kupujemy wodę i ruszamy przed dziewiąta na

Dalej w górę, przez Śląskie i Czeskie Kamienie,

krajobraz dziczeje, weszliśmy ponad poziom drzew, wkoło szczyty, skalne bloki i charakterystyczny, dziwny żółty osad na kamieniach. Zmęczenie daje sie we znaki, zostaje na podejściach trochę z tyłu, śle esemesiki i ciesze się że nie wchodzimy drugi raz na Śnieżkę.
Niestety duża góra widziana wczoraj zaczęła rosnąć przed oczami a mapa bezlitośnie pokazuje że to Duży Szyszak i że szlak obchodzi prawą stroną tylko sam szczyt. Niech będzie, w górze znów zaczyna wiać. Przed nami przynajmniej już widać bardzo charakterystyczny przekaźnik na Śnieżnych Kotłach a na prawo od niego w oddali Izery i zbocze z piaskowo-żółtą Kopalnią Stanisław.
Obchodząc Szyszaka znów po wielkich stromych blokach spotykamy pędzącego w dół chudziutkiego typka w letnim stroju do biegania, a ja w polarze, kangurce i czapce...pukam się w dynie w myślach...bogatemu wszystko wolno. Dochodzimy do przekaźnika na Śnieżnych Kotłach, fajne miejsce w którym nigdy jeszcze nie byłem.

Wcinamy batony, chmury przesłaniają słońce, zaczyna kropić. Następny odcinek już przyjemny, jesteśmy dość wysoko ale na równinie, ciekawie zerkamy na czeska stronę, na Łabskim Szczycie pojawiają się nawet jakieś grupki turystów a po prawej stronie majaczy Szrenica. Postanawiamy ominąć schronisko na Szrenicy i zaraz podchodzimy do drugiego Na Hali Szrenickiej, wbiegamy do budynku na zewnątrz zaczyna się pompa.
Bierzemy herbatę, kawę i piwko (niestety jakaś obskura w typie Lecha) biegamy po całej sali w poszukiwaniu kontaktów do podładowania telefonów. Po mału schodzą się ludzie bo coraz bardziej leje na zewnątrz. Sięgam po prąd z piersiówki, siedzi się fajnie a przed nami jeszcze połowa drogi
Szybka decyzja, nie ma co się mazać, nie wygląda na to że przestanie padać (kiedykolwiek
...jesteśmy w Izerach
Chyba pada mniej co z tego jak z nóg padamy. Wleczemy się zdziwieni przez "samolot" dziwne miejsce, prosta jak strzała ponad kilometrowa droga przez las gdzie schodzi się z jednej górki i podchodzi pod drugą ale wcale nie czuje się różnicy poziomów (ciężko to opisać, trzeba zobaczyć),

po 1.40min. (chyba) mijamy mostek na Izerze i wpadamy na polankę przed Orle, piękne uczucie, żyjemy!
Wchodzimy do budynku schroniska, Radek idzie do baru/recepcji, z Kubą ściągamy mokre plecaki przeciwdeszczówki w korytarzu. Podchodzę do Radka który jak gdyby nigdy nic mówi że "nie wiadomo czy są wolne miejsca, poszła sprawdzić"...w sumie mam to w dupie bo wiem że żywego mnie stąd nie wyrzucą do lasu na ten deszcz, nie dadzą rady!
Są miejsca!, zostawiamy dokumenty, patrzymy łapczywie na piwa nad barem i palący się kominek obok. Śpimy w budynku starej niemieckiej strażnicy obok, prowadzi nas koleś któremu pomagamy nieść odkurzacz, humory wracają jest zajebicho. Pokoik równie zajebisty, rozkładamy się szybko i szybko też zaczyna strasznie śmierdzieć. Prysznic, suche ciuchy. Ruszamy na obiad i piwko do budynku schroniska, dalej kropi...
Co było dalej nie chce mi się opisywać bo i tak nikt nie uwierzy, normalnie graliśmy w filmie Lyncha!
Niedziela
Wstaję na ciężkim kacu, oporządzamy się, dziewczyny też już się kręcą ktoś mówi że chrapałem (no ciekawe, akurat!) za oknem oczywiście szaro-leje, idziemy do Schroniska na śniadanie, zamawiamy jajówe i kawę. Radecki pisze sms do Bartka żeby sprawdził nam pks z Jakuszyc bo nici z dalszego rajdowania w taka pogodę. Zanim jajka się zrobią przychodzi wiadomość - jedyny pks jedzie z Przełęczy Jakuszyckiej za godzinę i dwadzieścia minut, dziżaskurwajapierdolę
Nie mamy nic do picia, nogi nie chcą iść, zmęczenie i kac a do tego ta jebana jajecznica pcha się do gardła i chce wyskoczyć. Jakoś udaje nam się zdążyć na czas, ale to już wysiłek skrajny, kupić jeszcze parę butelek wody w barze przy szosie. Pekaes wlecze się przez Szklarską do Jeleniej, wysiadamy gdzieś w mieście i zaraz przesiadamy się na busa do Karpacza którym jedziemy bez sensu trochę prawie do Bierutowic, zamiast poprosić żeby nas wysadził pod Wangiem. Dowlekamy się na parking, auto całe i zdrowe!
...i tyle
uff