
Wyspanie na poziomie 4/10, a to wcale nie był najpierwszy pociąg z Wro (najpierwszym jechałem z Bartkiem w sierpniu’13go i za tą rychliwość zapłaciliśmy piciem PIASTA na pekaesie w Kłodzku bo mieliśmy „wolne” 2h przez dziurę w rozkładzie jazdy pekape i pekaes).

Znajdujemy szlakowskaz przed dworcem i rączo maszerujemy… ku pierwszemu czynnemu marketowi

Uzupełniamy braki w płynie do balsamowania zwłok lecz skromnie i z rozwagą – jeszcze choćby miętowy opłatek ktoś zapakował by mi do plecaka i bym się z nim przewrócił na plecy jak żuk i niebyłbym w stanie się podnieść.

Za przejazdem kolejowym, dopytujemy o prawidłowy kierunek (bo już coś z oznaczeniem szlaku nam nie bangla) – czyli: na Kamieńczyk, panie!
Wiosenny, gorący poranek to świetny czas by przysiąść za ostatnimi zabudowaniami na szlaku i odkorkować pierwsze piwerko.

Po pokrzepieniu wdrapujemy się w słońcu na łąkę znad której kapitalnie widać pobliski Masyw Śnieżnika, tzw. Rów Górnej Nysy i pasącą się rogaciznę.

Szczęśliwe droga dalej wiedzie w las i cień.
Zabawa zaczyna się kiedy

Idziemy więc bez szlaku wyjeżdżoną przez traktory polną ściechą nie przejmując się zgubionymi oznaczeniami.
Wychodzimy na kolejną szeroką łąkę nad którą w oddali widać dachy domków (potem okazuje się że powinniśmy byli odbić gdzieś w prawo w górę).

Miś doczytuje z przewodnika że szlak powinien doprowadzić nas nad pierwsze zabudowania Kamieńczyka, zadowolony z siebie chowa przewodnik i mówi, "no, to dobrze idziemy".

Problem w tym, że jesteśmy POD zabudowaniami a nie NAD
Wychodzimy z porośniętych wściekle zieloną, trawą - pól w środku wsi, szlaku ni ma. Wybieramy zły kierunek i za chwilę zawracamy żeby podejść asfaltem w kierunku kościoła.
Szczęśliwie Kamieńczyk to bardzo urokliwa wioseczka,

pełna kolorowo pomalowanych, starych, drewnianych sudeckich domków – do tego soczysta trawa i kwitnące mlecze podkreślają że wiosna w pełni.

Widać też że stara bo założona w XIV wieku wioska lata świetności ma za sobą, z 500 mieszkańców pod koniec XIX w pozostało ledwo 50iu. Wiele chałup to porośnięte zielskiem ruiny.
Po dobrej chwili odnajdujemy wreszcie kościół wśród drzew na wysokiej skarpie nad nami po prawej stronie drogi.

Barokowa, drewniana konstrukcja (najstarszy drewniany kościół z czterech istniejących w Kotlinie Kłodzkiej) kościółka pz św. Michała Archanioła wzniesionego w XVIII wieku przez ewangelików nawet z daleka sprawia bardzo sympatyczne wrażenie, prawie jak z serialu o pewnym księciu na rowerze.

W koło kościoła cisza, pachnie świeżo skoszona (musieli skończyć chwile przed naszym przyjściem) trawa.

Rozsiadamy się, spożywamy naszykowane wcześniej buły, przepijamy winkiem z plastiku a słońce po mału wznosi się do najwyższego punktu i zaczyna ostro przygrzewać. Zerkamy na krajobraz rozciągający się poniżej kamiennego krzyża z barokową figurą z 1733r pochodzącego z nieistniejącego Czerwonego Strumienia (niem. Rothflössel) gdzie przez wiele lat po wojnie leżał przed ruinami tamtejszej kaplicy.

Kręcimy się jeszcze dłuższą chwilę po przykościelnym cmentarzu obok kaplicy – dawnego prosektorium które później zostało zaadaptowane na lokal dla pustelnika,


większość grobów pochodzi z przełomu XIX i XXw a na kościelnej ścianie poprzybijane są drewniane, rzeźbione krzyże zdjęte z mogił.


Wszystko pięknie i sielsko, ale czas nam już w drogę.

Dziurawa asfaltówka wyprowadza nas nad Kamieńczyk

na Kamyk (721 mnpm) wzniesienie z węzłem szlaków na starym turystycznym przejściu granicznym Kamieńczyk – Petrovičky.

Planowałem wcześniej że tu na jakiś czas odpuścimy

Wkraczamy więc na
Czerwony Strumień to nieistniejąca wieś przygraniczna, powstała w XVIwieku, leży na płaskowyżu Czerwień, który tworzy północne zbocze Kamyka (721 m n.p.m.) nad potokiem Czerwony Strumień. W czasie wytyczania granicy państwowej po II Wojnie Światowej wieś całkowicie wysiedlono. Z całej miejscowości zostały tylko fragmenty fundamentów obejść gospodarczych i zniszczone mury kaplicy z XVIII w., przed którą leżał kilkanaście lat kamienny krzyż z figurą Jezusa z 1733 r. Przy drodze do Międzylesia na skrzyżowaniu dróg polnych ruiny przydrożnej kamiennej kapliczki, a w lesie gdzie zlokalizowana była kolonia Waldhäuser (Leśne Domy) ruiny dużego obiektu, w którym w czasie II Wojny Światowej mieścił się ośrodek rehabilitacyjny SS, zwany Esbaude.
Na razie idziemy przez leśna ścieżkę porośniętą z obu stron wysokimi chaszczami,

pomyśleć, że pewnie 80 lat temu szlibyśmy traktem dochodzącym do wsi.
(dla porówania zdjęcie Rothflössel z początku XXwieku)

(podprowadzone z: www.http://dolny-slask.org.pl)
Od czasu do czasu po lewej ręce gdzie biegnie granica z Czechami widać polanki ze świeżo wykoszoną trawą. Sprawdzamy czas i przebyte kilometry, na razie nie wygląda to dobrze – bo nie przeszliśmy za wiele a w sumie nawet nie wiemy ile dziś będziemy musieli przejść.
Po 20tu minutach dochodzimy do ruiny barokowej kaplicy.



Czerwony Strumień w 1885 składał się z 53 budynków, w tym 25 mieszkalnych. Mieszkało tu 139 stałych mieszkańców, funkcjonowała gospoda, tkalnie lnu i bawełny, a w XIX wieku - browar. Dolna część wsi, przez którą przebiegał dawniej szlak pielgrzymkowy do sanktuarium w czeskim Neratovie, uchodziła przed 1945 za malowniczy zakątek i znana była z atrakcyjnych widoków na całą okolicę. Wszystko to należy już do przeszłości.
Szlak odbija w lewo,

w kierunku potoku Czerwony Strumień i prowadzi wzdłuż pozarastanych , oznaczonych ruin miejscowości (stary dom sudecki, ruiny szkoły ufundowanej przez urodzonego tu wrocławskiego biskupa), mijamy skupisko wielkich jak dęby – wiązów górskich i szczątki figury św Nepomucena.

W uszach dudni cisza, szumią tylko drzewa i brzęczą latacze a my biegamy od jednej kupy kamieni do drugiej, robimy zdjęcia i generalnie czujemy się jak dzieciaki na placu zabaw.

Nad samym granicznym potokiem w zakolu - kapitalnie położone miejsce biwakowe, z ławeczkami i miejscem na ognisko.

Ho, ho, noc w takich okolicznościach, odludzie pomiędzy duchami starej sudeckiej wsi to mogłoby być to! Mam w pamięci tę miejscówkę. W pobliżu występuje też oznaczone stanowisko rudbeki – ozdobnego kwiecia z rodziny astrowatych, które zostało sprowadzone gdzieś z Antypodów - też pewnie pozostałość po dawnych mieszkańcach.

Taaak to miejsce to esencja G. Bystrzyckich, pomyśleć że podobnie wyglądają stare łemkowskie wsie w Beskidzie…
Stajemy na moment bo atmosfera na prawdę przedziwna, aż trudno uwierzyć że jeszcze niedawno (no dobra, 1.5 pokolenia wstecz) żyli sobie tu ludzie, a w koło było pełno budynków (szczególnie ciekaw jestem tego XIXwiecznego browaru
Ale nie mamy zbyt wiele czasu żeby zachwycać się kupą poniemieckich kamieni w chaszczach, czas nas goni a mieszkańców tej wsi już przegonił.
Nad polami, za granicznym strumyczkiem znajduje się zresztą "czeska linia Maginote'a" sieć umocnień i bunkrów zbudowana między 1935 a 38ym, co kępa drzew to - bunkier,
tu zresztą widoczne na horyzoncie - z zabudowań naszego Rothflössel

(też podprowadzone z: www.http://dolny-slask.org.pl)
Wchodzimy w las za wsią, po lewej stronie – już po czeskiej stronie granicy pracują traktory równo orząc pola – śmiejemy się że pepiki pracują na wieczorne piwerko – a u nas jak zwykle na łąkach chaszcze i dzicz za to pod sklepem od rana kłębi się tłum.

Szlak wyprowadza na wielką polanę, z której rozpościera się szeroka panorama,

w centralnym punkcie widać w dali charakterystyczny biały kościółek w Lesicy, dalej pasmo Jagodnej na północy, odrobinę bliżej zalesiony szczyt Czerńca.

Maszerujemy więc w kierunku wsi (gdzieś po prawej stronie musi wzdłuż polami przebiegać „nasz”
Dochodzimy do pierwszych zabudowań i stajemy na asfaltówce, Miś sprawdza mapkie i po chwili ruszamy w kierunku wschodnim, w prawo (
Lesica, choć pięknie położona sprawia IMO dużo gorsze wrażenie niż Kamieńczyk, tu większość domów albo się wali albo jest obdrapana,

mijamy nawet wiejski sklep (niestety od dłuższego czasu widać nieczynny) a następnie dawną Strażnicę WOP z wysokim masztem flagowym i śladami po służbowych tabliczkach na drewnianej konstrukcji.
Pomyśleć że ta osada została założona już w czasach XIX-XVIII pne na co wskazywać miały wykopaliska archeologiczne. W okresie średniowiecza i licznych sporów granicznych wieś składała się z dwóch, niezależnych osad połączonych następnie w jedną większą w której powszechnie rozwinęło się rzemiosło tkackie(podupadło dopiero w okresie rewolucji przemysłowej). Ciekawe że w takiej wioseczce istniało też tzw.wolne sołectwo lokowane na prawie niemieckim.
Z dawnej świetności pozostało niewiele, parę figurek świętych przy drodze, mocno zniszczonych i walące się chaty…

Naciskamy ostro z krzyża, w gardłach pozasychało na wiór, z mapy wynikało, że powinniśmy zaraz wrócić na
W końcu po dobrej półgodzince zdyszani znajdujemy oznaczenia przy polnym mostku, przez strumyk Jelonik schodzimy z asfaltu w lewo i polną drogą w kierunku jednego z gospodarstw wspinamy się na szeroką łąkę na południowym stoku Dębowca (666mnpm – moja ulubiona wysokość!), szlak biegnie do samych zabudowań, które okazują się być sporym, opuszczonym folwarkiem, następnie polną drogą prowadzi ostro pod górę przez łąki.

Zziajani zrzucamy szafy pod nogi na środki polnej dróżki, rozsiadamy się i wreszcie zwilżamy gardziele. Lecą wszelkie posiadane przez nas dobra, przecież właśnie dla takich postojów je w końcu tachamy

Miś dobywa duńskie, smaczne pilsenery, polewamy po kubeczku winka, zajadamy buły.
Kapitalne miejsce na popas.

W koło świetne, sielskie widoki, w dole wieś i pusta droga,

bezpośrednio przed nami zabudowania folwarku z którego po chwili nie widząc nas ani nie czując (dziwne, bo zdjęliśmy buty) wychodzi leniwie lis i spokojnie znika w pobliskim lesie, nad nami pojawia się sarna…

Gadeczka nam się klei a piwerko sympatycznie rozleniwia. Oczywiście nie zwracam wcale uwagi na dające ostro słońce co poskutkuje potem czerwonym ryjem do końca wyjazdu i piekącymi ramionami.
Mija południe, rozleniwieni czytamy sobie mapkie, wynika z tego, że nie wiedząc kiedy połowę drogi przewidzianej na dziś już zostawiliśmy za sobą. Mamy przecież o zmierzchu ustawkę pod monumentem (oj będzie z nim jeszcze śmiechu) na Jedlniku – pakujemy więc plecaki, dla kurażu po gulu Cycrynóweczki i dalej przez trawę, w górę, do polnej drogi otoczonej rolosami siana na szczycie Dębowca

gdzie miała znajdować się kiedyś Kolonia Lesica. Oczywiście kamień na kamieniu nie pozostał, ale za to są fajne widoczki no i kapliczka rodem z Beskidu.

Nie spotkałem wcześniej tak charakterystycznych klimatów w Sudetach bo widoki normalnie jak z folderu reklamowego biura podróży, jak z żurnala wycięte.
Łagodnym zboczem złazimy z Dębowca do szutru którym biegnie
Na rozstaju leśnych dróg obok wyrębu i zbiornika p.poż kapitalna miejscówka – rodem jak z jakiej Finlandii.

Stara przyczepka kempingowa. Brakuje tylko brodatego lokalsa, popijającego bimber z plastiku...aaa, nieee, zaraz JEST!

Niestety już mocno rozpizgana, ale na awaryjny nocleg by się zdała – zresztą w środku podłoga była wyłożona przez kogoś iglastymi gałęziami. Chwilę dokazujemy przy przyczepce i zaraz ruszamy świeżo widać wysypanym przez leśnych szutrem pod górę.

Zaczynam już mieć zadyszkę a Miś widać we formie wyprzedza mnie i szybko znika za zakrętem. Ze zbocza Czerńca po prawej ręce między drzewami widać znów Masyw Śnieżnika, cykam bez przekonania jakieś foty bardziej żeby złapać oddech niż z powodu widoczków. Po dobrych kilkunastu minutach szlak odbija z szutru w lewo i stromo wspina się na sam szczyt –to kapitalny obrazek, do tego lekki wiaterek trzęsie nam portkami więc stajemy i cykamy panoramki.

Czerniec to w końcu druga co do wielkości w Górach Bystrzyckich, od południowej strony zbocze przed szczytem jest pokryte krzaczorami i połamanymi/wyciętymi iglakami, widoki przez to nie są ograniczone i naprawdę robią wrażenie.
Tu kolejne rewelacyjne miejsce na nocleg – i gdybym wiedział wcześniej jak się sprawy mają to tu byśmy dziś zabiwakowali. Sam szczyt to mała polanka z miejscem po ognisku o dziwo nawet nie nasrane nigdzie, w sam raz na namioty.
Zupełne odludzie, a wieczorne oglądanie pobliskich szczytów i miejscowości poniżej wzruszyło by nawet mongloida – no miodzio (przydało by się zlokalizować jeszcze jakąś wodę w pobliżu).
Odgrażam się że JA TU JESZCZE WRÓCĘ i ruszamy dalej. Idziemy kawałek po równym, następnie ostro w dół (po deszczu tu musi być wesoluśko bo zejście w stylu i klimacie ulubionym szczególnie przez Andruta – tym razem szczęśliwie na sucho) znów do tej szutrówy którą podchodziliśmy pod szczyt, a która oplata górę poniżej.
Po drodze zaraz przed podejściem na szczyt Gniewosza (851mnpm) raczymy się cycrynówką bo jakoś morale nam spadło a następnie rozsiadamy się na tabliczkę czekolady, studiujemy mapkę i próbujemy przypasować łyse pasmo Gór Orlickich po czeskiej stronie przed nami do któregoś ze szczytów widniejącego na mapie.

Gdzieś w dole, pod nami jest Niemojów i płynie graniczna Dzika Orlica.
Teraz już tylko wykończeniówka, mijamy szczyt Gniewosza w lesie

i wychodzimy na sporą halę nad Gniewoszowem,

daleko w zasięgu wzroku w dole po prawej widać też już nasz dzisiejszy cel – obelisk przy autostradzie sudeckiej.
Schodzimy szerokimi łąkami do szosy, szumnie zwanej autostradą – a to przecież tylko wąski kawałek pokruszonego, nieremontowanego od 80iu lat asfaltu na którym z trudem miną się dwa auta.

Wreszcie na wschodnim zboczu Jedlnika za obeliskiem

zrzucamy garby i rozsiadamy się zadowoleni z siebie. Niemiecka nazwa szczytu (Dreitannenberg) pochodziła od 3 jodeł niegdyś rosnących na szczycie – chyba na pamiątkę zasadzono charakterystyczną karłowatą jodełkę pod którą myślimy rozbić biwak.

Tymczasem strzelamy foty, otwieramy pyszne, kolejne duńskie wynalazki i meldujemy że na dziś zakończyliśmy trasę.

Po chwili ogarniamy temat noclegu, niby wszystko w porządku, w zagłębieniu poniżej można by zrobić ognisko i rozbić namioty jednak zaczynam mieć wątpliwości co do słuszności wyboru miejsca.
W koło pełno syfu, nasrane, porozbijane szkło, do tego opału praktycznie żadnego, widać że wszyscy, którzy zatrzymują się na ruchanko przy obelisku wpadają tu pobiesiadować – a jak Polak biesiaduje wszyscy wiemy – a jak nie wiemy to już Endrju z chęcią zaprezentuje, pokaże i objaśni.
W dole, całkiem niedaleczko zabudowania, zakładamy się co do częstotliwości ruchu na szosie, to raz przez 15minut nic nie jedzie, a raz co chwilę coś śmiga.
Debatujemy momencik i postanawiamy wrócić kawałek na łąkę pod Gniewoszem (miejsce zresztą nawet widać stąd –wysoko pod lasem). Po 20tu minutach jesteśmy znów na hali na skraju lasu (okazuje się że Misiu myślał że będziemy cisnąć aż na Czerniec – oczadział, chyba musiałby mnie nieść!
Szybko w cieniu stawiamy namiocik,

drewna w koło w bród więc za chwilkę palimy też i ognicho.


Reszta wieczoru upływa na spożywaniu trunków,


foceniu kicz landszaftów z zachodzącym słońcem nad Górami Orlickimi jako głównym motywem


i słuchaniu The Cure (tak, Misiu, ONI ŻYJĄ!) przy ogniu.

A do tego wszystkiego pyszna herba z kuchenki w chwili kiedy zaszło słońce i zaczęło pizgać zrobiła niekiepską robotę!


Po zmroku czas mijał nam miło na pohukiwaniu i wypatrywaniu reszty ekipy:

która dociera w przeważającej liczbie pijaniutka w sztok zaraz przed północą, hulankom i swawolom nie było końca, a najzabawniejsze okazało się rozbijanie nowych namiotów.
Podsumowując –
Problemy oczywiście takie – że kompletne odludzie i brak jakiejkolwiek bazy czy infrastruktury turystycznej – no i zero zaopatrzenia, całość trzeba tachać ze sobą. Ale ma to i swoje zalety.
Południowa część G. Bystrzyckich mocno różni sie od północnej (w większości zalesionej) i pn-zach. gdzie tereny, które nie są porośnięte lasem - to od razu bagno i moczary. Południowa część to malownicze, rozległe łaki, nieużytki rolne, pagórasy i do tego świetne widoczki.