do lodówki idę najpierw
15.09.2012
Żeby uczynić za dość tradycji wrześniowych jednodniówek (2009 z Trzcińska do Janowic i 2011 z Janowic do Janowic
Nie jest lekko mówię wam powstać z martwych w sobotni ciemny poranek o godzinie 5.30 by zdążyć na cholerne REGIO w kierunku Karkonoszy. Zaprowiantowany odpowiednio z naładowanym srajpodem ruszam z odpicowanego pekape 7.09AM by spędzić następnie wesołe prawie trzy godziny przemieszczając się o całe 112 kilometrów w kierunku płd zachodnim. Do pociągu ładuje się ze mną pokaźna grupa emerytów w dżinsowych kurtałach i sportowych butach rodem z targu przy Zielińskiego, ich reise fieber nie specjalnie mi się udziela, ale mam polewkę gdy jeden z dziadków krąży wkoło nich z zeszytem w kratkę służącym za listę obecności na „wyrypie”. Geriatria wysiada we Wałbrzychu, w sumie też bym z nimi wyskoczył bo już nudno a tu jeszcze dobra godzinka do celu. Szczęśliwie za oknem przetarło się lekko to i na widoki dalekie są widoki.
Pomysł mam taki – znam już do bólu trasy z San Fran Trzcińska (po drodze mijając stacje pekape przecieram oczy ze zdziwienia – odpicowana normalnie jak szczur na otwarcie kanału – piękny nowy peron że aż strach wysiadać! A jeszcze ze trzy lata temu odlewałem się tam na tory jak pociąg nawet nie zdążył odjechać) a z Janowic z kolei mi nie po kolei (trasę znam jeszcze lepiej) chciałbym zakończyć spacerek zgodnie ze świecką tradycją właśnie u około dworcowej Mammarosy na piwerku i jakoś tak głupio wysiąść mi z pociągu i od razu iść do baru no…
Padło więc na Wojanów, dużo dalej na zachód nie jest a można sobie pociągiem przez tunel przejechać (tiaa, zajebista atrakcja, prawda?)
10.01 punktualnie jak śmierć wytaczam się na peron w Wojanowie (wysiadam tylko ja, co w sumie pocieszające bo nie będę musiał ścigać się z nikim „- kto pierwszy do tej dużej góry”). Zapinam co jest do pozapinania, napinam się i ruszam
Szlakowskaz pokazuje w lewo, na zachód, pałac zajebisty jak z Dynastii, ale to nie mój klimat nie ma nawet jak ognia podłożyć… ruszam przez wioskę po drodze mijając słup ogłoszeniowy z przypiętą anatemą rzuconą na księdza z Karpnik z którego polewałem jeszcze wczoraj w rozmowie z Radeckim…eh ci górale…
...Zaraz…w gardle mi zaschło (nie wtedy, TERAZ mi zaschło
gulg, gulg...no dobra...
Pogoda ładna, Wojanów ładny, idzie się nieźle ale przydałoby się sklepiszcze żeby uzupełnić ewentualne PEWNE przyszłe braki w płynie do balsamowania zwłok. Poszukiwania sklepu zaprowadziły mnie (nie uwierzycie!) pod bramę XV wiecznego kościoła, do środka to już bałem się zaglądnąć ale wystawione przed – kamienne epitafia Seydlitzów i Schaffgotschów KAPITALNE, warto zboczyć z drogi żeby tylko je zobaczyć!

W pewnym momencie
Aleją dochodzę do bramy zdobionej we lwy, to remontowany pałac (kiedyś sfajczony przez husytów zamek Boberstein) w którym w drugiej połowie lat 30ych mieściła się szkółka SA ("Król Olch" i J.Malkovich, anyone
Brama zamknięta, idę wzdłuż murów skrótem przez łąkę gdzie oczywiście ładuje się w taplary i od tego czasu moją trasę znaczy poza zwykłym smrodem – duszący zapach szuwarów… Ani w Wojanowie ani w Bobrowie nie zauważam po drodze żadnej oferty wynajmu pokoi czy agroturystyki, słabo
Zaraz za zamkiem (niezły widok na Karkonosze i Śnieżkę w oddali) w lewo

Schodzę zaraz doSzwajcarki (przypominając sobie jak kiedyś w nocy za obietnicę łyka wódy poszliśmy bez latarki na Husyckie, heheh).
W jedynym działającym w całych Rudawach Janowickich schronisku zamawiam parząchę i ukradkiem widzę wystawioną skrzynke pełną flaszy po Skalakach – to się chwali! Biorę kawę (5 zeta) i wychodzę na zewnątrz bo w środku jak zwykle przygnębiające uczucie... coś jest w tych opowieściach jak to onegdaj za niemca właściciele schroniska topili gości w szambie...
Południe wybija, niebo się zaciąga, katuje na ławce przed schroniskiem tą swoją kawę, bułę z mielonką (przygotowałem tradycyjny zestaw już na chacie – żeby nie przedłużać, nie?) dopycham kiełbą i red bullem. Na łące/parkingu w dole przybywa aut.

Pokrzepion zbiegam

Tam cykam sobie jakąś słitaśną focię,
W połowie odcinka spotykam odbicie
Jest takie fajne miejsce przed Starościńskimi gdy szlak zaczyna zasuwać w lewo ostro po kamiennych płytach pod górę odłącza się od niego polna dróżka gdzie po przejściu może 20tu metrów odsłania się zacny widok na Karki,
Śnieżkę, Strużnicę i Kowary w oddali, nie omieszkałem i tym razem sobie tam stanąć… wysyłam pierwszego Mmsa podkurwiacza do niektórych forumowiczów

Wracam na szlak i wspinam się ścieżynką pomiędzy kamieniami na Lwią Górę (718 npm).
Starościnskie Skały(719 npm) witają mnie wiatrem i chmurami, za to z przyjemnością zauważam że jestem tu o dziwo sam...
To kapitalne miejsce na biwak, nie wiem czy nie lepsze niż Bolczów (tu husyci nic nie sfajczyli, za to udało się już współczesnym - zajumać dwa wielkie XIXto wieczne żeliwne lwy i odkuć mosiężne litery z napisu Mariannenfels).

Labirynt skałek i wąskich ścieżek, kamienne schodki na Lwią Górę, widok na Sokoliki i Góry Kaczawskie z jednej strony i Wzgórza Łomnickie i Karpnickie z drugiej, panorama Karkonoszy i Rudawski park Krajobrazowy z grzbietami Skalnika i Wołka, formy zwietrzeniowe, skalne misy wypełnione jebiącą kijanką wodą...no sam miód i orzeszki... i nie określiłbym tego skalnym miastem bo to od razu inne jakieś skojarzenia przywołuje nie pasujące akurat wcale do tego miejsca.
No dobrze my tu gadu tego owego, zrobiła 13.30, otwieram PIERWSZE PIWO W TYM TYGODNIU (medal powinniście mi przyznać!), poprawiam oczywiście miętówką.

Od Karkonoszy nisko ciągną chmury, na punkcie widokowym miota mną jak szatan, w dodatku nie mogę się rozsiąść bo połowe miejsca zajmuje oczko wodne pełne mętnej żabianki ale i tak wytrzymuje z pół godzinki, po prostu popijam piwerko i patrzę na (i za ) horyzont, śmiejąc się w duchu z siebie że zastanawiałem się rano czy czasem do cna nie ochujałem i czy warto tłuc się pociągiem tyle czasu żeby te parę kilometrów zrobić w miejscu które i tak znam jak własną kieszeń
cóż...WARTO!

W końcu złażę na dół, kręcę się między skałami, niebo jest już w połowie granatowe, ale jakoś już nie robi to na mnie wrażenia, dopijam bronka i schodzę pod skały w dół przez las.
Rychło w czas – bo mijam pokaźna grupę piechurów, dochodzę do leśnej przecinki, gdzieś nieopodal słychać pilarzy którzy robią swoją robotę mimo soboty… las żyje.

Wspinam się pod Piec, omijam Skalny Most gdzie w zeszłym roku z teściem zamiast pić piwo i szwędać się po szlaku - zbieraliśmy grzyby jak ci wariaci wchodzę w Dolinę Janówki.
Przy potoku na ławce siedzi sobie państwo z pieskiem, zauważam że gość ma tytanową protezę całej nogi, duży szacun że dotarł tu i że w ogóle mu się chciało. Płucze gębę w Janówce, doprowadzam też do porządku nachy i pozbywam się zapachu szuwarów z Bobrowa. Dalej w prawo, na południe leśną drogą dzieląca gminy Mysłakowice od Janowic Wielkich, Janówka zachęcająco szumi, zaczynam myśleć o kolejnym piwerku.
Ten odcinek nie jest za ciekawy, ot zwykła dość męcząca droga przez las pod górę – ale dopinguje mnie pewien drobny fakt. ZACZEŁO LAĆ, hehe.
Chwilę stoję pod drzewem, nie chce mi się nawet wydobywać ciuchów z plecaka, po chwili ruszam i zza zakrętu wypada na mnie wielki spych, mija w pędzie jadąc w dół… no ładnie
Na Polanie Mniszkowskiej schodzę z drogi do Mniszkowa w prawo na
Właśnie! Najwyższy czas, na polanie schodzę ze szlaku idącego na Wołek w dół, mijam zarośnięte ruiny poniemieckich gospodarstw, parę zdziczałych drzewek owocowych, przeskakuje przez zarośnięty zielskiem potok i na jednej z polanek wyciągam piwko i resztki kiełby. Taaa, to w tym zdaje się miejscu byliśmy ponad 20 lat temu na obozie przez dwa tygodnie, nie zmieniło się tak dużo. Popijam wspominam, brne przez trawy wysokie prawie do pasa i mokre jak sam…wiecie kto.
Zerkam na zegarek i właściwie nie wiem czy mam dużo czasu czy mało, jeśli chce zdążyć na pociąg na który mam kasę (bo wiem ile kosztuje a w Janowicach nie ma ani bankomatu w zasięgu mojej trasy ani kasy na dworcu) to jest cienko – jeśli chce zdążyć na ostatni pociąg do Wrocka to spoko, ale nie wiem czy nie będę musiał wysiąść w jakichś piździ Kątach czy gdzie kurwa tam bo mi kasy nie starczy.
FUKKK!
Pierwszy raz dobywam mapy, przy okazji dobywam też piwerka z plecaka...rozkładam się pod rolosami z siana na łące, zerkam na mapę i choć wiem gdzie jestem bez niej to na niej już kompletnie nie mogę się odnaleźć...nie jest dobrze
Sączę jednak to piwko, spozieram na rozpogadzające się wieczorne już w sumie niebo i zachęcające pasmo Gór Lisich a za nimi Masyw Wielkiej Kopy wokół której chodziliśmy niedawno jak ci debile przecież.
W końcu pisze do Radeckiego żeby w razie czego złego - usypał mi kurhan nad jeziorem i zaczynam wędrówkę po polach w dół ku wsiom.

Za chwilkę pojawia się oznaczenie
Szkoda, chwali się że klimat pozostał a i piwa dwa rodzaje, w ogródku obszczekuje mnie jakis Bryś który zaczyna się ślinić na widok moich kabanosów. Wsysam bronksa i uciekam na pociąg.
Ok. 20 klocków w 6h na lajcie z licznymi przerwami, przygód mało, warunki atmosferyczne w sumie znośne jak na porę roku, widoki nie zapomniane, podróż - 6h (w drodze powrotnej odmienne stany świadomości w pociągu, jakieś skurcze, bóle, majaki cuda generalnie - pewnie mielonka była ZA świeża
Polecam, w przyszłym roku też z chęcią wrześniowo "poRudawuje"
FIN
ed
na prośbę Radka jeszcze tylko drobna korekta i informacja o płynie do balsamowania zwłok:
poszedł jeden Bracki Porter, dwa razy Krakonoš Světlý Ležák 12°, jeden lany ciemny Rohozec Skalak, 200ml lubelskiej Miętówki z limonką
Jeszcze tylko raz podkreślę - Rudawy mają na prawdę fatalną bazę noclegową, poza Szwajcarką nie działa żadne inne schronisko, Czartak to okrutny żart, jakieś agro w zasadzie to tylko w Trzcińsku ewentualnie w Janowicach...jest jeszcze do potestowania teń cały Piaskowy Koń w Mniszkowie i to...w zasadzie już wszystko, straszna bieda
