21.07
Romek, już bez Iwony, szkoda
Krzątający się od świtu Przemek wespół z atakującym kacem budzą nas k. 7ej.
Długi dzień w drodze przed nami to specjalnie nie marudzimy. Wyszałerowani ale z pustymi brzuchami (tzn.ja mam pełny – pieprzonego bigosu z poprzedniego dnia, którego będę pozbywał się w regularnych turach aż do końca wyjazdu

) ruszamy

w kierunku Wielkiej Izery, pogoda jak drut.
Po niewiele ponad godzince wychodzimy na
Halę Izerską, charakterystyczne, piękne miejsce gdzie po lewej wzdłuż lasu pluska sobie Izera a po prawej roztacza się pagórkowata, zielona, bezdrzewna Hala. Cykamy parę focisk,
mijamy pierwsze ruiny chat
Gross Isern (czyli jednej z wielu
„wsi, której nie ma”), przełazimy przez mostek i odbijamy na prawo do jedynej ocalej z niemieckiej osady, dawnej szkoły – a obecnie
Chatki Górzystów.
Mimo że Hala to polski biegun zimna to dziś akurat traktuje nas łagodnie - jest bardzo przyjemnie i rześko (może to zasługa/wina kaca?).
Od razu zamawiamy żelazny zestaw – jajówa, kawa, herbatka (zauważcie że bez piwa

).
Pan Ładny oczywiście zgodnie z nową świecką, zgórwysyńską tradycją szuka dziury w całym - no po prostu musiał przyjebać się o pomidory
których nie ma a jednak są.
Zajadamy ze smakiem,
trochę leniuchujemy, przy schronisku kręci się parę osób, głównie rowerzyści. Przemek nie usiedział… wdał się w kolejną dyskusje, poinformował rowerzystów że my, we trzech odbywamy
tęczowy marsz równości.
Kontaktuję się też z Bartkiem który zaczyna operować w okolicy, umawiamy się że będziemy informować o dalszych postępach w drodze
W końcu zbieramy się i wkraczamy na

w kierunku Świeradowa – nasz cel
Stóg Izerski! Przemek odpala swoje wielkiej mocy gestapowskie kijki i wreszcie wyglądamy jak rasowi turyści, dochodzimy do
Drwali na Polanie Izerskiej gdzie w wiacie zerkamy na mapy, popijamy wodę i zauważamy genialny tekst naskrobany markerem na jednej ze ścian

– eh, życie chłoszcze.
Mijają nas rowerzyści z Chatki odkrzykujemy im
niech żyje nasz tęczowy marsz!
Z
Drwali zmieniamy szlak na odcinek
GSS'a i zaczynamy wspinać się na Stóg, dróżka zaczyna robić się coraz bardziej stroma, zarośnięta i bagnista. Im bliżej szczytu tym więcej ludzi na szlaku, widać że to wekend a i kolejka gondolowa w zasięgu wzroku. Mijamy nawet grupkę oleśniczan która pozdrawia Przemka (oto cena sławy, w sumie dobrze że nie zapodali jakimś
Oleśnica wita wieś, czy coś w ten deseń bo by kijki poszli w ruch).
O 11ej jesteśmy pod górną stacją kolejki, zgiełk, harmider, dzieci we wózkach, rowerzyści, paniusie w klapeczkach… no normalnie STONKA.
Bierzemy po piwku (Tyskie, upadek cywilizacji zachodniej…

) oddychamy trochę. Zaraz też zawijamy się mijając Schronisko PTTK na Stogu na

przez szczyt w kierunku Czech i
Smrka.
Sporo ludzi, ale idzie się bardzo fajnie i gładko, po chwili przepuszczamy czeskiego bicyklistę, który niesie na plecach kolarkę, sapiąc podbiega szlakiem, za moment zasiada na siodełko i dziwnymi zakosami dyma pod górę po błocie i kamieniach. Na
Łączniku, siodle pomiędzy
Stogiem a
Smrkiem stoi sobie wielce zacna wiata graniczna, właściwie chatka. Jest oblepiona jakąś rowerową ekipą, na zewnątrz na podeście śpi sobie też jakiś człenio owinięty folią NRC. Miejsce może i fajne – ale nie w środku lata, w słoneczny wekend gdzie tabun ludzi sunie w te i wewte.
Po ok. godzince wspinamy się na
Smrka (1124 m.n.p.m. najwyższy szczyt czeskiej strony G. izerskich).
Na podeście pod wieżą jakiś knedel rozłożył się z kramikiem, sprzedaje słodycze, mapy, kanapeczki oraz bronksy. Wsysamy kiełbę z własnych zapasów, popijamy zakupionym Konradem, dyskusja toczy się wokół rowerzystów czeskich i polskich oraz ich różnic gatunkowych. Na dole wieży dwa fajne pomieszczenia ze stołami i ławami świetnie nadające się na awaryjny nocleg a z samej wieży kapitalny widok, szczególnie na stronę polską, gdzieś też przed nami w dole prawdopodobne miejsce naszego dzikiego noclegu w okolicy
Bilego Potoku.
Po tym popasie ruszamy dupy w dół,
stromym zejściem na południe

szlakiem.
W tak zwanym międzyczasie dostaje sms od Bartka i Agi że zaczekają na nas na
Skritku na krzyżówce żółtego i niebieskiego (problem w tym, że my już nie będziemy szli niebieskim, ale nie zwracamy na to uwagi w ferworze walki z mapą).
Dochodzimy bowiem do

szlaku i miejsca gdzie metodą stosowana szeroko w Jesenikach
*(patrz wyjazd majowy) postanowiliśmy nadrobić trochę drogi i zejść ze szlaków
skrótem(uwaga! Słowo klucz) widniejącym tylko na jednej z map a bardziej nawet: jedynie w naszej wyobraźni.
Przedzieramy się najpierw przez torfowisko, doliną strumienia, potem na wariata (trzymając się wskazań GPS) przez las w dół, aż do zarośniętej starej drogi wzdłuż
Hájenego Potoku. Okazuje się że skrót bardzo fajny, udało się uniknąć kleszcza, zadrapań o jeżyny, wessania przez bagno, zwichnięć i tego całego ścierwa dla którego przecież jeździmy w góry – a i można zaliczyć kolejny odkryty przez Zgórwysynów © szlak. Przemek nawet nie zaprotestował, egzamin na zgórwysyna zdany na
5+
Złazimy na wielkie głazy do potoku, świetne miejsce na biwak, niestety polanka zachwaszczona i zbyt mało płaskich powierzchni.
Przecieramy dalej szlak przez zarośniętą drogę i wypadamy na mostek z

szlakiem – na lewo strzałka
*NA PALICNIK* a my nie idziemy na
Palicnik tylko dalej, w dół w kierunku
Bilego Potoku gdzie zaraz przy szlaku mamy spotkać Bartków.
Niestety nie zerknęliśmy na mapę i nie zatrybilismy wcale że oni są właśnie na górze nad nami żółtym w lewo a nie w prawo jak poszliśmy.
Bardzo sympatycznym zejściem z potokiem śmigającym wartko po lewej przełażąc przez parę drewnianych mostków schodzimy do
B. Potoku, zdziwieni że po drodze nie napotykamy Agnieszki i Bartka.
W pierwszych chatach (jak tak patrzę na mapę teraz to to była
Bartlova Bouda) jakiś wielki festyn, pełno aut, dzieciaków, grill. Postanawiamy iść dalej w poszukiwaniu zacisznej hospody, drepczemy między uroczo odrestaurowanymi/zachowanymi chateńkami i tak brniemy tym żółtym a potem po przejściu mostu na
Smedzie i czerwonym.
Idziemy dobrą godzinę, spragnieni, zgrzani i głodni. Okazuje się że pierwsza hospoda znajduje się dopiero w
Hejnicach – w następnej miejscowości ostatkiem sił i już bez wielkiej nadziei dobijamy wreszcie do restauracji
Dělnický dům, hurra, żyjemy!
Tu oczywiście stały zgórwysyński zestaw – na dzieńdobrywieczów trzy zimne Svijane, potem te nasze zwykłe, żelazne punkty programu:
smažený hermelin, hranolky, itp. itd.
Pobiesiadowaliśmy suto, poszła druga kolejka piwerka, zrobiło się późne popołudnie a dupy z ławki odkleić się nie chciało, wokół na obiad zeszli się czesi, biegały dzieciaki, no normalnie sielanka Aż chciało by się zostać i spać w zagródce z małymi koźlętami nieopodal w obórce.
No nic…w końcu zebraliśmy się, ale z bólem, do plecaka jeszcze po dwa Pilsenery na wieczór i ruszyliśmy mostem na drugą stronę rzeki, dalej

pod górkę do

w kierunku wznoszących się nad wsią skałek
Frýdlantskégo Cimburi i podejścia wzdłuż
Černego potoku.
Mimo że godzina już nie młoda, kilometry w nogach to gdyby nie ciążący w żołasie obiad mógłbym jeszcze połazikować, ale widziałem że panowie w pierwszym możliwym miejscu na prawo od szlaku w zakolu strumienia zrzucili bety uznając że może tam przenocujemy. Miejsce faktycznie dobre, ale raz że przy samym szlaku a dwa że dosyć wilgotne i z twardym podłożem.
Wypuściłem się na przeszpiegi ok. 50m dalej w górę szlakiem, wdrapałem na skarpę powyżej i jakąś wydreptaną przez dzikie zające, leśne króliki ściechą po wielkich głazach wlazłem na zbocze góry, gdzie w bukowym lesie pełnym sporych głaziorów, między dwoma kompleksami skał (
Posledni Vez i Novorocni Vez) udało się znaleźć parę płaskich miejsc na spanie.
Wróciłem po resztę i po chwili już wszyscy zdyszani staliśmy i patrzyliśmy z góry w kierunku
Bilego Potoku i szczytów hen na horyzoncie przed nami.
Potem to już szybko - rozpakowano, my z Radeckim na karimatach, Pan Ładny jak przystało na Pana Ładnego w elegantnym namiociku nieopodal.
Zbiegłem tylko jeszcze na dół do potoku by zażyć uciech zimnej źródlanej wody kojącej trudy dnia w podróży.
Nasza miejscówka miała feler - nie dało się tam rozpalić ogniska – bo było by go widać z połowy Czech. Zalegliśmy więc w barłogu z piwkiem i popijając łychę z piersiowy gadaliśmy o klasycznym niczym napierdalając od niechcenia patolami w nisko przelatujące nietoperze.
Niestety na zachodzie, na horyzoncie dokładnie przed nami poza holywódzkim zachodem słońca pojawiły się też dwa wielkie zajmujące z połowę nieba fronty chmur, co już mogło dać nam do myślenia. Pomimo donośnych odgłosów disca z dołu - po 23ej śpimy jak łasice.