21.06.2013
Piątek
DZIEŃ PIERWSZY Z KOMARAMI
W czwartek przed wyjazdowy nieopatrznie zdradziłem się z planem samotnej zabawy na wekend Radeckiemu, co po szybkim gadulcowym klikaniu doprowadziło do weryfikacji PLANU: jednoosobowego dokończenia Środkowych kaczawskich, wyklikaliśmy że to w piątek – a od soboty wspólna orka wszerz Rudaw Janowickich.
Z wywieszonym językiem po urwaniu dwóch godzin z pracy, staniu w trzech kolejkach do kasy dworcowej (taaak – piątek+koniec semestru na studiach) zasiadłem w zaduchu w inter regio GALICJA – 15.05z Wro.
Piątkowy tłum, upalna pogoda i zmęczenie początkowo nie wprawiały w nastrój zabawowy (w dodatku w okolicy Wałbrzycha zachmurzyło się potężnie a nad Chełmcem zrobiło się dosłownie czarno…) pomyślałem nawet – no ładnie, jak zacznie lać to jadę na wycieczkę na piwo do Jeleniej i ładuje się z powrotem w ostatni pociąg do Wrocka a potem to jakoś opisze że i tak wszyscy mi będą gratulować odwagi i zazdrościć.
Szczęśliwie pogoda się uspokoiła, pociąg wyludnił a znajomy krajobraz za oknem w okolicach Boguszowa spowodował że krew żwawiej zaczęła sączyć się w żylakach.
Kilkanaście minut przed 18tą zgrabnym susem zameldowałem się na wyremontowanej stacyjce w San Fran Trzcińsku, Galicja pojechała dalej w kierunku Karkonoszy i jedynym wysiadającym na stacji był wasz ulubieniec.
Podopinałem paski od plecaka i spodni, dobyłem aparatu i dwóch łyków wody i zacząłem wekend.

Pierwszy raz w życiu i od dwudziestu dwu lat zlazłem z peronu na szlak nie po „właściwej” stronie, zamiast jak tyle razy ruszyć w Sokoliki bądź do sklepu w Trzcińsku na wino w lewo znalazłem na słupie znaczek i ruszyłem tą E3ką w prawo - na pn wsch...
Umowną granicą dzielącą G. Kaczawskie od Rudaw Janowickich jest rzeka Bóbr ale na tym odcinku zdecydowanie jest to linia kolejowa – Jelenia G. - Wałbrzych gdzie na południu mamy pasmo Rudaw a na północy Kaczawy.
Szutrowa dróżka wywiodła mnie łagodnie pod górkę przez pola, po chwili po lewej ręce na północy zobaczyłem cel podróży, odległy jeszcze charakterystyczny Baraniec (720 npm) z drutem przekaźnika a po prawej, między drzewami ciemniał masyw Gór Ołowianych które zdreptałem ostatnio w maju.

Po godzince melduje się w wyludnionym przez upał Radomierzu, stareńkiej poewangelickiej wsi okupowanej za ten swój odszczepieńczy ewangelicyzm w XVII w przez min. lisowczyków.
Duchota i słońce na karku spowodowały że nie rozglądałem się zbytnio na boki a jak ostatnim cham, prostak, zgórwysyn myślałem jedynie o jednym – sklepie, najlepiej Gje Es i tu tradycyjne rozczarowanko: sklepy minąłem trzy, dwa nieczynne wcale, jeden czynny lecz zakluczony.
W kościele, o czym czytałem już wcześniej powstał punkt informacji turystycznej a wieża została wyremontowana i udostępniona, jako wieża widokowa,(nie skorzystałem) bo postanowiłem jak najszybciej przemieścić się do miejsca przeznaczenia, – którym była myśliwska koliba na Przełęczy Komarnickiej.
Szlak klucząc po we wsi wyrzuca mnie w końcu na E-65…widzę po drugiej stronie szosy oznaczenie, ale nie mam jak przejść, wszyscy cisną ile fabryka dała, w obie strony i dobre kilka minut zajmuje mi czekanie na dogodny moment żeby przeprawić się (bez pomocy Charona właśnie

Wieczór, ale słońce praży niemiłosiernie, zaczynam drugą butle z wodą konfrontując mapę z terenem – no i nie chce być inaczej, zatarty szlak na ogrodzeniu z żerdzi prowadzi przez pokrzywy środkiem zarośniętego jak pacha feministki pola pod górę w kierunku szczytu Dudziarza (652 mnp).

Podejście i forma 50cio latka wysysają ostatnie siły, na skraju lasu pod szczytem padam, żeby zaraz wstać i nerwowo pohasać odganiając się od tych cholernych towarzyszy letnich wędrówek – gryzących lataczy.
Szczęśliwie dróżka zaraz wpełza między drzewa, omija sam szczyt, następnie ciśnie w dół przez leśną przełęcz z widokiem na pobliski kamieniołom na Połomie

W leśnym cieniu idzie się przyjemnie i znów słupek morale skacze wysoko

w międzyczasie gdzieś na stoku Leszczyńca – pierwszy telekontakt z Radeckim, melduje, że napieram, warunki ok. i że widzimy się rano.
Droga zaczyna być na prawdę przyjemna i przypomina bardziej Beskidy niż Sudety, szerokie łąki pokryte wysoką trawą i kwitnącym zielem,

w tle widoki na nieodległe Karkonosze a przed nimi Sokoliki, słońce nie operuje już tak wysoko, teren dla mnie zupełnie nieznajomy i kompletnie nie wiem, co może czekać za każdym, następnym zakrętem – fajne uczucie.

W końcu po wdrapaniu się po wschodniej stronie krętą dróżką między polami na obrośnięty na czubku wąskim laskiem Ziemski Kopczyk widzę przed sobą już tylko przekaźnik na drugim najwyższym wzniesieniu G. Kaczawskich – Barańcu (720 npm).
Godzina jeszcze młoda (po 19ej a nie dalej jak dwa dni temu był najdłuższy dzień), upał lekko zelżał – postanowiłem przepyrać wkoło Barańca bez szlaku i tak przez ścierniska, łąki i chaszcze obszedłszy górę wkoło znów znalazłem się na niebieskim szlaku, dysząc z upału i marząc już tylko o ławeczce, kolacji i piwku…
W lesie pomiędzy Barańcem a Skopcem gubię szlak i wąską ścieżyną pomiędzy głazami z kapitalnym widokiem na zachodzące nad Okolem w Północnym paśmie G. Kaczawskich słońce i na całe północne Pogórze Kaczawskie

to, myślę jest też świetny temat na przyszłość - zacząć operacje gdzieś z Wojcieszowa i przejść się zachodnią częścią Gór Kaczawskich aż do na przykład do Góry Szybowcowej pod Jelenią, ale to już na pewno nie na ten rok
Tymczasem przemierzam ostatnie kilometry na dziś, lekko zagubiony w lesie - kieruje się wystającym zza dzrew czubkiem nadajnika na Barańcu.
Trafiam wreszcie na

po lewej stronie, lekko pod górkę widać już dach koliby – dzisiejszego noclegu, stoi! więc uff udało się!
Odpoczywam chwilkę, potem szybkie ogarnięcie, zbadanie noclegu – wiatunia de Lux, w środku wysypana grysem podłoga, cztery szerokie stoły, na rogach pięterka z oknem, drabinka, na zewnątrz kolejna ławeczka i stoły i zajebisty murowany grill.

Z przed koliby widoki przednie, wieczór upływa upojnie, z zza dachu wiaty świeci księżyc w pełni, Budweisery, kanapeczki, kiełba, miętówka i kleszcze.
Po zmroku przed 22gą ktoś z pobliskich zabudowań wychodzi na drogę (słychać doskonale, każdy krok) i odpala ze trzy race w moim kierunku, że chyba na dobranoc…
troche jeszcze marudzę przed chatką, przekomarzam sie z księżycem (choc właściwsze było by PRZE-KLESZCZOWUJE)

uznaje w końcu że najwyższa pora na spanko, po 23ej wdrapuje się na pięterko, wciągam dla pewności drabinę i zawijam się w śpiworek, zasypiam bez problemu.



























